W związku ze zniknięciem z internetu bazy danych sprawozdań Organizacji Pożytku Publicznego zadałem Ministerstwu Pracy i Polityki Społecznej kilka pytań:

1. Kto personalnie podjal decyzje o wylaczeniu bazy?
2. Jakie byly powody jej wylaczenia?
3. Dlaczego nie jest dostepna archiwalna wersja bazy z opublikowanymi juz sprawozdaniami?
4. Czy w nowej bazie beda dostepne sprawozdania za lata poprzednie?
5. Jesli w nowej bazie sprawozdania za lata poprzednie nie beda dostepne, to pod jakim adresem bedzie mozna uzyskac do nich dostep?
6. Jesli ministerstwo zaklada, ze dostep do opublikowanych w latach wczesniejszych sprawozdan nie bedzie mozliwy, to jaka jest podstawa prawna takiej decyzji?

Dzisiaj otrzymałem odpowiedź.

Szanowny Panie,
W   odpowiedzi   na   przesłane   przez   Pana  zapytanie  w  sprawie udostępnienia  informacji  nt.  funkcjonowania  bazy sprawozdań organizacji pożytku  publicznego  zamieszczonej  na  stronie  http://www.pozytek.gov.pl (zwana dalej „bazą”) na podstawie art. 2 ust. 1 ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie  do  informacji publicznej (Dz. U. Nr 112, poz. 1198), Departament Pożytku Publicznego, wyjaśnia co następuje:

Ad.  1) Baza została „wyłączona”, ponieważ wygasła umowa z podmiotem, który   odpowiadał  za  administrowanie  i  bezpieczeństwo  danych  w  niej zawartych.  Ministerstwo  Pracy  i  Polityki Społecznej w roku 2011 podjęło kroki  w  celu  stworzenia  nowego  narzędzia zapewniającego porównywalność sprawozdań  finansowych  jak również zgodność sprawozdań z aktualnym stanem prawnym  tj.  zgodność sprawozdań merytorycznych z rozporządzeniem Ministra Pracy  i  Polityki  Społecznej  z  dnia 23 marca 2011 r. w sprawie rocznego sprawozdania  merytorycznego z działalności organizacji pożytku publicznego (Dz.  U.  2011  r.  Nr  80  poz.  434), ustawą z dnia 29 września 1994 r. o rachunkowości  (Dz. U. 2009 Nr 152 poz.1223) oraz ustawą z dnia 24 kwietnia 2003 r. o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie (Dz. U. z 2010 r.  Nr  234,  poz.  1536  z  późn.  zm.).  Nowe narzędzie będzie dostępne w kwietniu br. po zakończeniu testów aplikacji.

Ad.  2)  Umożliwienie  dostępu do bazy sprawozdań dla użytkowników na zewnątrz  Ministerstwa  Pracy  i  Polityki  Społecznej,  w  obecnej formie, zagraża   bezpieczeństwu   zasobów  informatycznych  Ministerstwa  Pracy  i Polityki   Społecznej.  W  celu  zapewnienia  bezpieczeństwa  trwają  prace koncepcyjne  mające  na  celu zapewnienie bezpieczeństwa sieci Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.

Ad.  3)  Jak  wyjaśniłem  w  pkt.  2  trwają  prace  mające  na  celu udostępnienie  sprawozdań  za  lata  poprzednie  użytkownikom  na  zewnątrz Ministerstwa   Pracy   i  Polityki  Społecznej.  Do  końca  marca  zostanie uruchomiona baza sprawozdań ze sprawozdaniami za lata poprzednie.

Ad.  4)   Nowe  narzędzie  będzie  umożliwiało  składanie  sprawozdań zarówno  za okres bieżący jak również za lata ubiegłe. Należy zaznaczyć, że nowe  narzędzie  nie będzie posiadać dostępu do sprawozdań zamieszczonych w archiwalnej  bazie,  ponieważ  będzie  funkcjonować  na  innej zasadzie tj. wypełniania przez organizacje przygotowanych formularzy.

Ad.  5) Dostęp do sprawozdań za lata poprzednie będzie umożliwiony po wypracowaniu     mechanizmu     zapewniającego    bezpieczeństwo    zasobów informatycznych  Ministerstwa  Pracy  i  Polityki  Społecznej.  W  momencie uzyskania  zapewnienia ze strony służb informatycznych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej o bezpieczeństwie zasobów informatycznych Ministerstwa, zostanie   umożliwiony   dostęp   do  sprawozdań  opublikowanych  w  latach wcześniejszych pod podanym adresem na stronie pozytek.gov.pl.

Ad. 6) W przypadku gdy nie zostanie zapewnione bezpieczeństwo zasobów informatycznych  Ministerstwa  Pracy  i  Polityki  Społecznej, ministerstwo zapewni  dostęp  do  sprawozdań przekazanych do ministra ds. zabezpieczenia społecznego na podstawie art. 10 ustawy o dostępie do informacji publicznej na  wniosek  zainteresowanych  podmiotów. Należy zaznaczyć, że stosownie do art. 14 ww. ustawy udostępnianie informacji publicznej na wniosek następuje w  sposób  i  w  formie  zgodnych  z wnioskiem, chyba że środki techniczne, którymi  dysponuje  podmiot  obowiązany  do  udostępnienia, nie umożliwiają udostępnienia informacji w sposób i w formie określonych we wniosku.

Jak  wyjaśniono  w  pkt.  3 trwają prace informatyczne mające na celu udostępnienie   bazy   sprawozdań,  z  zachowaniem  bezpieczeństwa  zasobów ministerstwa.  Z  uzyskanych informacji wynika że najpóźniej do końca marca baza  sprawozdań  zostanie  uruchomiona  na  serwerach Ministerstwa Pracy i Polityki  Społecznej.  Jednocześnie informuję, że w dniu 22 marca br. drogą elektroniczną  zostały  przesłane  sprawozdania  za lata 2008-2012, którymi jest Pan zainteresowany.

Z poważaniem
Paweł Cymer
Starszy Specjalista
Departament Pożytku Publicznego
Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej

AKTUALIZACJA: Ministerstwo Pracy udało się uruchomić bazę danych sprawozdań OPP. Gratuluję. I ciekaw jestem, czy firma która to kontrolowała dostała po prostu więcej pieniędzy, czy też ministerstwo udało się przejąć kontrolę nad swoją infrastrukturą strategiczną. A wy jak myślicie?

 


PAP: Zamieszanie wokół ACTA sprawiło, że rząd zaczął deklarować dostosowanie prawa do nowej, internetowej rzeczywistości. Szczególnie wyraźnie mówi się o potrzebie zmian w prawie autorskim. Na czym miałyby one polegać?

Jarosław Lipszyc: Przede wszystkim na zrozumieniu, że prawo autorskie jest pewnego rodzaju umową społeczną pomiędzy obywatelami a autorami. Umawiamy się, że autorzy mają monopol na swoją twórczość, który nie jest jednak totalny. Ogranicza go prawo cytatu, dozwolonego użytku, długość trwania ochrony utworów, prawo wykorzystania edukacyjnego. Pytanie, jak bardzo ten monopol jest ograniczony, gdzie leży granica.

Zanim będziemy w stanie sensownie rozmawiać o zmianach w prawie autorskim, musimy zmienić język, jakim o nim mówimy. Za sprawą propagandy przemysłu rozrywkowego używamy języka własności, mówimy o wykorzystywaniu utworów używając słów piractwo, kradzież czy przestępstwo. W ten sposób na poziomie języka manipulujemy rzeczywistością, bo uczestnictwo w kulturze nie jest niczym złym. Polaryzacja języka zaś prowadzi do polaryzacji stanowisk i uniemożliwia budowanie konsensusu.

PAP: Co takiego się stało, że obowiązujące prawo autorskie w pewnym momencie zaczęło rozmijać się z rzeczywistością?

JL: To prawo, wymyślone w XIX w., miało służyć uregulowaniu relacji pomiędzy wydawcą a autorem. Reguluje do tej pory, ale od pewnego momentu, w którym za sprawą nowych mediów wszyscy staliśmy się wydawcami i autorami, zaczęło też regulować całość obiegu informacyjnego w społeczeństwie. Obecnie każdy obywatel tego kraju, my wszyscy, mamy narzędzia do produkowania informacji za pomocą internetu. Są szacunki, że w 2012 r. zostanie wykonanych więcej zdjęć niż od czasu wynalezienia fotografii ok. 150 lat temu. Prawo autorskie przestało być tylko branżową regulacją pomiędzy wydawcą a autorem. To jest punkt widzenia, który decydentom, politykom, prawnikom, umyka.

PAP: Potrzeby zmian nie widzą również sami zainteresowani. Z najnowszego badania przeprowadzonego wśród internautów przez Polsko-Japońską Wyższą Szkołę Technik Komputerowych wynika, że co trzecia osoba spośród tych, które są przeciwko podpisaniu przez rząd ACTA, nie widzi potrzeby zmian w prawie autorskim.

JL: Obywatele również często nie mają świadomości, że to, co robią komunikując się z innymi, jest regulowane przez prawo autorskie. Prawda jest taka, że nikt nie przestrzega tego prawa, ale też w niewielkim stopniu się te naruszenia ściga. W efekcie mamy sytuację, w której wszyscy mają poczucie krzywdy: i biznes, i obywatele.

System prawa autorskiego od czasu jego powstania stawał się coraz bardziej opresywny. Stale ograniczano zakres wolnego użytku, zwiększano restrykcje, wydłużano czas ochrony utworów. Ten czas w przypadku pierwszych publikacji w USA w XIX w. wynosił 14 lat od ukazania się, teraz wynosi 70 lat od śmierci twórcy. Może, więc minąć ponad 100 lat od publikacji zanim prawo autorskie wygaśnie.

Z jednej strony, mamy więc objęcie prawem autorskim całego społeczeństwa, a z drugiej – zwiększanie restrykcji. Sprzężenie tych dwóch czynników doprowadziło do katastrofy w postaci protestów przeciwko ACTA. Zdaliśmy sobie sprawę, że dopisanie do śmiesznego zdjęcia hasła “Paczałem w ACTA” i opublikowanie go jest nie tylko zabawne i kreatywne, ale też kompletnie nielegalne. Ludzie zaczynają mieć świadomość, że komunikując się codziennie z innymi przy pomocy mediów, łamią prawo.

PAP: Ale ludzie właśnie nie zdają sobie sprawy z tego, że je łamią.

JL: Bo prawo nie jest przestrzegane. Wizja ACTA, wizja, że to prawo może być jednak w praktyce egzekwowane, okazała się impulsem zapalnym. Cały urok tej sytuacji polega na tym, że system działa, bo nie jest przestrzegany.

PAP: ACTA miało to zmienić?

JL: Tak, a ludzie się tego przestraszyli i bardzo słusznie.

PAP: Czy prawo autorskie nie ma jednak przede wszystkim bronić interesów tych, którzy tworzeniem zajmują się “zawodowo” i chcą otrzymywać za to rekompensatę?

JL: Ci twórcy otrzymują rekompensatę, rynki kreatywne przecież cały czas rosną. Słyszymy, że piraci okradają wszystkich, a twórcy umierają z głodu pod mostami, ale to nie znajduje potwierdzenia w faktach. Przemysł filmowy czy muzyczny jako całość z roku na rok zarabia coraz więcej. Niekomercyjne wykorzystanie w internecie nie podkopuje pozycji przemysłów kulturalnych.

PAP: Jakie są pomysły na rozwiązanie konfliktu pomiędzy ludźmi, którzy chcą dostawać pieniądze za to, co robią, a tymi, którzy chcą mieć dostęp i korzystać z twórczości w nieograniczony sposób?

JL: To konflikt wewnętrzny każdego z nas. Nie ma osobnej grupy twórców i osobnej grupy klientów. Każdy z nas jest aktywnym użytkownikiem, nadawcą i odbiorcą zarazem. Wszyscy robimy zdjęcia, kręcimy filmy, piszemy teksty, komentujemy.

Pomysłem, który mógłby rozwiązać większość problemów, jest radykalne skrócenie czasu obowiązywania praw autorskich do kilku lat po publikacji. Ludzie związani z przemysłami kultury mówią, że średni czas, w którym dzieło przynosi dochody, to jest maksymalnie kilka lat. Książka, film czy album dobrze się sprzedają tylko przez jakiś czas po ukazaniu się. Film jest w kinach, potem na DVD, a potem zostają już tylko jakieś powtórki w telewizji o piątej nad ranem, które nie mają znaczenia dla analizy ekonomicznej inwestycji. Wygasanie praw autorskich po kilku latach od wydania nie przeszkodziłoby rynkom pracować dalej tak, jak teraz pracują, a znacząco zwiększyłoby swobodę korzystania z dzieł. Obecnie taka zmiana jest niemożliwa na poziomie krajowym, ponieważ Polskę wiążą umowy z UE, która chroni prawa przez 70 lat po śmierci autora. UE z kolei wiążą m.in. traktat TRIPS i konwencja berneńska. Zmiana wymagałaby likwidacji tych umów albo ich renegocjacji na poziomie globalnym. Nie jest to rozwiązanie, które da się wprowadzić szybko, ale najdłuższą podróż najtrudniej zacząć od pierwszego kroku. Dobrze, że zaczęliśmy o tym mówić.

Trzeba jednak pamiętać, że na poziomie międzynarodowym mamy do czynienia z grą dużych interesów. Na poziomie krajowym do takich grup interesów jak organizacje zbiorowego zarządzania, przemysł rozrywkowy i telekomunikacyjny, dołączyli ostatnio obywatele. Ich wejście na scenę spowodowało, że stan pewnej chwiejnej równowagi został naruszony. Wyznaczenie nowego punktu, w którym oczekiwania wszystkich się spotkają, będzie trudne, choć nie jest niemożliwe.

Drugie rozwiązanie to rozszerzenie dozwolonego użytku do tego stopnia, aby zgodne z naszym systemem prawnym legalne stało się niekomercyjne wykorzystanie utworów, czyli takie wykorzystanie, na którym nikt nie zarabia. To prawdopodobnie można załatwić na poziomie prawa krajowego, a w najgorszym wypadku na poziomie UE.

PAP: Co z organizacjami zbiorowego zarządzania?

JL: Trzeba doprowadzić do tego, aby one chroniły prawa wszystkich twórców, a nie tylko wybranych. Znacząca mniejszość korzysta z pośrednictwa organizacji zbiorowego zarządzania. ZAIKS reprezentuje tylko niewielką liczbę artystów, którzy publikują swoje utwory. To właśnie zmienił postęp technologiczny. Ale też ZAIKS ma świadomość zmieniających się uwarunkowań, a skupienie na interesie twórców pomaga tej instytucji w szukaniu rozwiązań, które nie będą pogłębiać rozdźwięku pomiędzy ZAIKS-em a społeczeństwem.

PAP: Jako o możliwym rozwiązaniu mówi się o metodzie “szwedzkiego stołu”. Na czym ona polega?

JL: W 2008 r. pojawił się taki pomysł, aby objąć dozwolonym użytkiem wszelkie niekomercyjne wykorzystanie utworów, a jednocześnie wprowadzić niewielką opłatę dopisywaną do rachunku za internet na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania. Podobny projekt był zresztą w tym samym czasie rozważany we Francji, zanim wygrała tam niesłychanie restryktywna propozycja ustawy HADOPI.

Ostatecznie w Polsce propozycja nie zyskała poparcia, bo ani politycy, ani obywatele nie byli świadomi wagi tego problemu. Przedstawiony projekt miał zresztą wady prawne: była w nim opłata, ale nie było jednoznacznej legalizacji.

Dlatego proponuję pewne ćwiczenie intelektualne, nazywane “Testem Zosi”: Zosia znajduje w sieci zdjęcie kotka i chce go pokazać koleżankom. Jak wszyscy, korzysta z publicznych kanałów komunikacji, czyli wkleja zdjęcie na swojego bloga. Czasami coś w nim zmienia, na przykład dopisując “Paczałem w ACTA”. Moja teza jest następująca – jeśli działanie Zosi będzie poza zakresem dozwolonego użytku, czyli Zosia będzie naruszać prawo, to wszelkie próby zwiększania restrykcyjności, ścigania i karania będą odbierane, jako naruszenie swobód. Reforma, która nie przejdzie testu Zosi, będzie nieskuteczna. Sądzę, że “szwedzki stół” w połączeniu z testem Zosi to na dziś chyba jedyna droga, aby ten problem rozwiązać.
Rozmawiała: Magdalena Cedro, źródło: PAP


Zgodnie z zapowiedzią w dzisiejszej debacie u premiera nie wezmę udziału osobiście. Będę jednak obecny elektronicznie. Poniżej moje tezy na to spotkanie. Wynikają one z założenia, że ACTA jest objawem, a nie chorobą. Istotą tego traktatu jest zabetonowanie dzisiejszego systemu i uniemożliwienie jego reformy. Dlatego żeby definitywnie rozwiązać problem ACTA musimy zreformować system. Bez działań w tej sferze nawet po zlikwidowaniu ACTA będziemy ciągle zagrożeni kolejnymi próbami takiego lub innego wejścia w sferę prywatności i swobody komunikacji obywateli.

1. Test Zosi.

Dzisiejszy system nie pozwala na legalną realizację podstawowych potrzeb komunikacyjnych. Test Zosi to metaforyczna próba ujęcia tego problemu. Przypadek do rozważenia: Zosia znajduje w sieci zdjęcie kotka i chce go pokazać koleżankom. Jak wszyscy korzysta z publicznych kanałów komunikacji – wkleja zdjęcie na swojego bloga. Teza: jeśli działanie Zosi będzie poza zakresem dozwolonego użytku (czyli Zosia narusza prawo) to wszelkie próby zwiększania restrykcyjności, ścigania i karania będą odbierane jako naruszenie swobód. Dzisiejszy system opiera się na tym, że pewne działania są nielegalne, ale w praktyce te przepisy nie są przestrzegane. Zagrożeniem nie jest więc zmiana przepisów, ale wprowadzenie realnej możliwości ich egzekwowania. Wszelka reforma prawa musi zalegalizować przypadek niekomercyjnego użytkowania. Reforma, która nie przejdzie Testu Zosi, będzie nieskuteczna.

2. Test Wikipedii.

W dziedzinie realizacji zadań publicznych wszelkie zadania polegające na tworzeniu, finansowaniu bądź współfinansowaniu tworzenia utworów powinny prowadzić do nieograniczonego prawa do wykorzystania tych utworów przez każdego obywatela. Wikipedia akceptuje wyłącznie takie treści, które zostały udostępnione z nieograniczonym prawem do wykorzystania, a dokumentem normatywnym jest tutaj zaakceptowana przez Wikipedię Definicja Wolnych Dóbr Kultury. Wszelkie rozwiązania które nie prowadzą do udostępniania utworów tworzonych z funduszy publicznych na takich warunkach, by mogły trafić do Wikipedii, należy uznać za klęskę. W obecnej sytuacji w szczególności dotyczy to materiałów edukacyjnych tworzonych z funduszy publicznych. Realizowane obecnie programy Scholaris, Cyfrowa Szkoła, PO KL 3.4.3 i inne w których tworzone są zasoby w praktyce będą bardzo szybkim papierkiem lakmusowym woli rządu. Zgodnie z zapowiedzią wyborczą kluczowym działaniem jest stworzenie e-podręczników. Zakładam, że rząd zrealizuje te zapowiedzi. Przejście testu Wikipedii w tej dziedzinie będzie sprawdzianem rzeczywistych intencji administracji publicznej.


Ludzie protestują nie dlatego, że boją się zmian, ale dlatego że mają nadzieję na zmiany. Podpisanie ACTA odbiera nam wszystkim tą nadzieję. Traktat zabetonuje istniejący system własności intelektualnej i uniemożliwi jego reformę.

Kiedy Minister Boni chciał uspokoić nastroje społeczne powiedział: “Ta umowa w niczym nie zmieni, zgodnie z opiniami prawników, polskiego prawa, także w sferze praw internautów i funkcjonowania internetu“. Tym samym dał dowód, że rząd kompletnie nie rozumie powodów, dla których wprowadzenie ACTA spotkało się z tak silnym i zmasowanym protestem. My nie boimy się tego, że umowa zmieni coś na gorsze. My się boimy, że umowa uniemożliwi nam zmiany na lepsze. Bo źle to już jest.

Z ACTA może być tylko gorzej, bo jest to niezmiernie sprytnie napisany dokument. Posługuje się niejasnymi pojęciami “piractwa” i “skali handlowej” w taki sposób, by dawało się je dowolnie interpretować. Także w taki sposób, by podpadała pod nie większość naruszeń praw wyłącznych mających charakter incydentalny, związany z codziennymi aktami komunikacji – wklejenie nie swojego zdjęcia na stronę internetową czy dźwięki popularnej piosenki na ślubnym wideo. Te naruszenia dziś praktycznie rzecz biorąc nie są w żaden sposób ścigane, choć z prawnego punktu widzenia oczywiście są naruszeniami.

ACTA, nawet nie zmieniając ani na jotę stanu naszego prawa, może diametralnie zmienić sposób, w jaki instytucje państwa i przedsiębiorstwa reagują na takie naruszenia – oczywiście w kierunku większych restrykcji, ograniczenia prywatności i stosowania nieproporcjonalnych środków. Obywatele społeczeństwa informacyjnego wiedzą, że nie da się aktywnie korzystać z mediów komunikacyjnych, w bogatym informacyjnie środowisku, bez dokonywania takich naruszeń. Ostatnie badania przeprowadzone przez Mirosława Filiciaka i Alka Tarkowskiego (będącego, o ironio, doradcą ministra Boniego) pokazały wyraźnie, że świat nie dzieli się na “złych piratów” i “płacących obywateli”. Osoby które najwięcej swoich pieniędzy wydają w sektorze kultury i osoby naruszające prawa to są dokładnie te same osoby. Najlepiej wykształceni i najbardziej oczytani są naraz najlepszymi klientami przemysłów kreatywnych i najczęściej stojącymi na bakier z prawem autorskim przestępcami.

To oznacza, że wojna z piractwem – na którą właśnie rusza premier – jest wojną z elitą tego kraju. Kiedy to zrozumiemy, przestanie nas dziwić temperatura sporu. Osoby protestujące przeciwko ACTA doskonale znają ten dokument i wiedzą jakie zagrożenia ze sobą niesie. Protestuje kilkaset tysięcy ludzi, jest blackout kilkuset witryn internetowych, zapowiedziano kilkadziesiąt manifestacji w różnych miastach. Wczoraj w Warszawie na ulicy stało kilka tysięcy ludzi. To nie jest jakaś jedna grupa interesu, która forsuje swój model biznesowy. To protest obywateli zaniepokojonych ingerencją władzy w sferę ich prywatnej komunikacji z innymi ludźmi.

Obywatele chcą reformy systemu. W medialnej dyskusji sprowadzane jest to często do frazy “zgoda na piractwo”, ale naprawdę, nie o to tutaj chodzi. Chodzi o zbudowanie takiego systemu, który będzie po pierwsze skuteczny ekonomicznie, po drugie będzie prosty i zrozumiały dla obywateli, a po trzecie nie będzie ograniczał wolności słowa i praw obywatelskich. Obecny system nie spełnia żadnego z tych warunków: został zbudowany w epoce drukowanej książki, w celu wspierania modelu sprzedaży fizycznych egzemplarzy utworów, więc siłą rzeczy nijak się ma do realiów cyfrowej, bezkosztowej dystrybucji. Ogrom niejasnych reguł i wyjątków czyni nawet tak prostą czynność jak cytowanie zadaniem dla sztabu prawników. Zaś w sytuacji, gdy większość naszych aktów komunikacyjnych ma charakter publiczny – na blogach i forach internetowych czy w serwisach społecznościowych -  idea monopolu na publikację stała się już teraz niczym innym jak groźnym kneblem. W świecie polifonicznej informacji to co mamy do przekazania innym stosunkowo rzadko pochodzi wyłącznie od nas.

Zbudowanie nowego systemu jest wyzwaniem, które powoli podejmuje szereg ośrodków intelektualnych, włączając w to World Intelectual Property Organization. Nie ma przeszkód, by nie rozpocząć takich działań w Polsce już teraz… o ile wdrożenie zmian będzie możliwe.

ACTA zawiera w sobie nie tylko potwierdzenie obowiązujących aktów prawnych, ale też szereg zapisów dodatkowych, zupełnie dla naszego porządku prawnego nowych. To o nich mówił premier kiedy deklarował, że nie chce ograniczania praw “internautów” (choć zapewne miał na myśli po prostu obywateli). Na pozór deklaracja premiera nie ma sensu. Jeśli wszystkie “twarde” postanowienia są już zawarte w polskim prawie, w opcjonalne nie będą wdrażane, to po co w ogóle do ACTA przystępujemy? Niestety, odpowiedź na to pytanie jest dość oczywista. ACTA ma na celu nie tylko zabetonowanie istniejącego porządku prawnego, ale też wytyczenie takiej drogi w przyszłość, z której zboczyć nie będzie można. Te dodatkowe przepisy, te które budzą takie kontrowersje, nie będą wdrażane dziś. Ale jutro, w bardziej sprzyjającej sytuacji politycznej, przez inny rząd, wdrożone niechybnie zostaną. Po to są zapisane w traktacie. Inaczej by ich tam nie było.

To będzie świetna wymówka, żeby nie rozważać żadnych postulatów reform: nie możemy, bo jesteśmy stroną ACTA. Jedyne co możemy zmienić to zwiększyć restrykcję, zaostrzyć ściganie, zwiększyć kontrolę, zrezygnować z pośrednictwa sądów, wprowadzić obowiązki dla pośredników. Decyzja nie będzie już należała do nas. Co najwyżej tempo wprowadzania tych zmian.

Trudno zgodzić się z tą logiką. Jesteśmy suwerennym krajem. Mamy prawo do swobodnego kształtowania naszego porządku prawnego, w warunkach demokratycznej kontroli nad władzą ustawodawczą. Prawo powinno być stanowione przez wybranych w powszechnych wyborach przedstawicieli, a nie nieznanych z nazwiska urzędników negocjujących tajne traktaty.

Rząd w żaden sposób nie wykazał, że Polska odniesie z podpisania jakiekolwiek korzyści. Trudno za taką korzyść uznać argument premiera, iż postawi to nas w jednym rzędzie z USA i Japonią. Te kraje różnią się od nas choćby tym, że są eksporterami własności intelektualnej. Polska jest importerem. W najlepszym wypadku jest to więc traktat, z którego nie odnosiemy żadnych widocznych korzyści. Jednocześnie odbieramy sobie suwerenność w istotnej sferze kształtowania norm społecznych, a w czasach społeczeństwa informacyjnego bodaj czy nie najważniejszej – sferze komunikacji zapośredniczonej przez media. W mojej opinii jest to po prostu sprzeczne z polską racją stanu.

Ratyfikowana umowa międzynarodowa jest stosowana bezpośrednio. Ona nie zmienia prawa krajowego: ona stanie się prawem krajowym. Minister Boni zadeklarował następującą procedurę: podpisanie ACTA, debatę publiczną i zgłoszenie klauzul klaryfikujących polskie rozumienie traktatu. Niestety, tej propozycji z dość oczywistych powodów nie można traktować poważnie. Mówienie o późniejszym zgłaszaniu klauzul jest nieporozumieniem, bo klauzule zgłasza się na etapie podpisu, a nie ratyfikacji. A nawet nieratyfikowana ACTA ograniczy nas w możliwościach kształtowania porządku prawnego, bo planując zmiany prawne będziemy musieli brać pod uwagę ich zgodność z traktatem. Innymi słowy: jeśli premier chce zabetonować nasz system własności intelektualnej, to wcale nie potrzebuje ratyfikować umowy. Wystarczy że ją podpisze.

Doskonale wiemy, że traktaty są najwygodniejszą – bo niepoddaną demokratycznej kontroli – drogą kształtowania niepopularnego prawa. Po podpisaniu ACTA pozostanie nam już tylko jedna droga: podążanie wytyczoną w tym traktacie drogą zwiększania represji, kontroli i powolnego odbierania swobód. Na końcu tej drogi czeka nas antyutopia lub rewolucja. Bądź jedno i drugie.


[EDIT] Po wyjaśnieniach blog Kumple został odblokowany. Życzę wszystkim miłego weekendu.[/EDIT]

Od tygodnia bloga Kumple nie ma w sieci. Został zablokowany przez Onet w związku z doniesieniem o naruszeniu regulaminu. Trochę nas to zaskoczyło. Was pewnie także. I pewnie chcecie wiedzieć co się stało. Otóż zaatakowała nas Lidia Plesner.

Kumple.blog.pl jest prowadzony od 8 lat przeze mnie, Piotra Mareckiego i Pawła Dunina-Wąsowicza. Od dwóch lat notki pojawiały się rzadko, od pół roku sporadycznie. W zasadzie wartość Kumpli jest dziś czysto historyczna. Głupio by jednak było tracić całe archiwum dokumentujące życie literackie pierwszej dekady XXI wieku.

Lidia Teresa Plesner napisała do redakcji blog.pl oraz do nas z żądaniem usunięcia recenzji książki opublikowanej… 11.04.2003. Można powiedzieć, że trochę czasu to zajęło. W treści tej wiekowej już recenzji nabijaliśmy się  z biogramów zamieszczonych w almanachu wierszy poetów Ziemi Kluczborskiej “Zaplątani w pędzie cyfr” (wydawnictwo Antykwa, Kluczbork 2003, ISBN 8387493627).

Najsmakowitsze kawałki wyciągnięte z biogramu Lidii Plesner brzmią tak:

Lidia Teresa Plesner (rocznik 1982) – Szaleje, w granicach zdrowego rozsądku, na punkcie Francji, języka francuskiego, serów, wina, itp. Kocha muzykę, którą wpycha się gdzieś do środka i już nie chce wyjść. Mieszka w Bąkowie.

czytaj całość w google cache

Lidia Plesner twierdzi, że opublikowanie tej informacji jest naruszeniem jej prawa do ochrony danych osobowych. Nie sądzę. Wszystkie informacje zamieszczone powyżej pochodzą z opublikowanej książki, jeśli więc do kogoś można mieć pretensje, to do wydawnictwa Antykwa. My w swojej recenzji jedynie powtórzyliśmy fakty podane przez wydawcę.

Oczywiście można się spierać, czy dobrze się jest naśmiewać z bliźnich. Ale Kumple nic innego nie robili, tylko naśmiewali się z bliźnich i samych siebie. Z Lidii Plesner naśmiewaliśmy się zresztą łagodnie, w każdym razie w porównaniu z tym jak traktowaliśmy innych autorów (z których kilku dziś już jest klasykami).

Notka ta w niczym jednak nie narusza regulaminu portalu blog.pl, dlatego od decyzji redakcji się  właśnie odwołujemy. Damy znać, jak nam poszło.

Natomiast blog Kumple tak czy siak powróci do sieci już wkrótce, być może pod innym adresem.  Na razie można go szukać w Internet Archive.

Ciekaw jestem tylko, czy Lidia Plesner wie co to jest “Streisand Effect“?


Felieton opublikowany w Dwutygodniku nr. 42/2010

Najłatwiej testować poziom naszych norm cywilizacyjnych, jakości ochrony praw człowieka i w ogóle naszej zdolności do życia w rozwiniętej demokracji na wykluczonych. Obecnie wykluczonych mamy dwóch: są to terrorysta i pedofil. W zasadzie zgadzamy się, że wszyscy są równi i równie godni poszanowania ich praw. Oczywiście, oprócz terrorystów i pedofilów. Dlatego ktokolwiek, kto jest podejrzany o terroryzm bądź pedofilię może pożegnać się ze swoim prawem do uczciwego procesu czy uznania winnym dopiero po wyroku sądu. Terrorystów i pedofilów osądza sam akt oskarżenia, jak u Kafki. Podejrzanych o terroryzm  można bezkarnie katować w tajnych więzieniach, strzelać do nich z samolotów bezzałogowych nawet gdy rzucają broń i się poddają, trzymać latami bez sądu w pomarańczowych drelichach. Tych podejrzanych o pedofilię można bezkarnie piętnować na portalu policyjnym. Przecież i tak nikt się nie ujmie za pedofilem.
Continue reading ‘Porozmawiajmy jak terrorysta z pedofilem’


Od mniej więcej dekady chodzi mi po głowie, żeby opisać tą specyficzną, anarchiczną wolność lat 89-93 (94? 95?) będącą efektem rozpadu jednego paradygmatu kulturowego i dopiero powolnym kształtowaniem się nowego. I opisać koniec tej wolności. Tyle że nigdy nie wiedziałem jak to zrobić. Dzisiaj wreszcie coś wymyśliłem. Nie wiem co mi z tego wyjdzie. Może poemat prozą. Może powieść. Może scenariusz. A może zupełnie nic.

Potrzebuję pomocy. Napiszcie, czym dla was była ta wolność. Przedmioty, miejsca, prawa, zdarzenia. Koncerty, wyjazdy. Linkujcie teksty które o tym opowiadają, filmy, archiwalne wycinki, wspominajcie telewizję i prasę. Dokumenty. Miasto. Wieś. Być może także politykę. Koniecznie szkołę, uniwersytet, pracę.

Swoje wpisy dodawajcie poniżej. Nie trzeba się podpisywać.

Dziękuję za pomoc!




Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.