Od mniej więcej dekady chodzi mi po głowie, żeby opisać tą specyficzną, anarchiczną wolność lat 89-93 (94? 95?) będącą efektem rozpadu jednego paradygmatu kulturowego i dopiero powolnym kształtowaniem się nowego. I opisać koniec tej wolności. Tyle że nigdy nie wiedziałem jak to zrobić. Dzisiaj wreszcie coś wymyśliłem. Nie wiem co mi z tego wyjdzie. Może poemat prozą. Może powieść. Może scenariusz. A może zupełnie nic.

Potrzebuję pomocy. Napiszcie, czym dla was była ta wolność. Przedmioty, miejsca, prawa, zdarzenia. Koncerty, wyjazdy. Linkujcie teksty które o tym opowiadają, filmy, archiwalne wycinki, wspominajcie telewizję i prasę. Dokumenty. Miasto. Wieś. Być może także politykę. Koniecznie szkołę, uniwersytet, pracę.

Swoje wpisy dodawajcie poniżej. Nie trzeba się podpisywać.

Dziękuję za pomoc!


Wysłuchanie publiczne w sprawie ustawy medialnej odbyło się 6 lipca. Debatowano nad zestawem poprawek zgłoszonych przez klub PO (Poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji oraz ustawy o opłatach abonamentowych). Trzeba przy tym pamiętać, że jednocześnie w Sejmie są dwa inne projekty dotyczące mediów publicznych, w tym jeden przygotowany przez obywatelski komitet mediów publicznych, a zgłoszony do laski marszałkowskiej przez klub PiS.

W trakcie swojego wystąpienia poruszyłem kwestię dostępności archiwów mediów publicznych i prawa do ich wykorzystywania przez obywateli (nagranie dostępne w serwisie blip.tv). Jednocześnie zgłosiłem propozycję dwóch poprawek do obecnej ustawy. Pierwsza poprawka to:

Wszelkie programy, treści i usługi medialne wytworzone przy udziale
środków publicznych oraz zasoby archiwalne jednostek mediów publicznych są nieodpłatnie publicznie udostępnianie w taki sposób, aby każdy mógł mieć do nich dostęp w miejscu i w czasie przez siebie wybranym.

Sądzę, że dostęp do produkcji misyjnej mediów publicznych nie powinien być limitowany zasobnością portfela. Obecna praktyka TVP polegająca na sprzedawaniu dostępu do treści moim zdaniem nie mieści się w misji mediów – było nie było – publicznych.  Drugą kwestią jest prawo do wykorzystywania tych treści. Dziś nie jesteśmy już biernymi odbioracmi, jesteśmy aktywnymi użytkownikami mediów. Jeśli rolą mediów publicznych jest zaspokajanie istotnych społecznych potrzeb, to jedynym sposobem jest publikacja treści na wolnych licencjach. Nie wiem, czy proponowany – dość „miękki” – zapis o promowaniu otwartego licencjonowania jest wystarczający. Ale od czegoś trzeba zacząć:

Media publiczne promują audycje i treści, których producenci lub autorzy w umowie o dofinansowanie zobowiązują się do zezwolenia w licencji, o której mowa w art. 41 ust. 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. z 2006 r. Nr 90, poz. 631, z późn. zm.1)), na ich dowolne rozpowszechnianie oraz dowolne rozpowszechnianie ich opracowań i utworów zależnych.

Poprawki te trafiły obecnie na obrady sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu. Jeśli zostaną zgłoszone przez jakiegoś posła oficjalnie, to być może zamienią się w obowiązujące prawo.


Rejestracja wideo dyskusji „Czy zniszczymy wolność w sieci?” jest już dostępna na stronie polityczni.pl. W swoim wystąpieniu cytowałem cudowny wywód sędziego Stevensa z wyroku Sądu Najwyższego w sprawie McIntyre vs Ohio Elections Board z roku 1995:

Według naszej konstytucji anonimowe pamflety nie są szkodliwą i nieuczciwą praktyką, ale zaszczytną tradycją prowadzenia… sporów i debat. Anonimowość jest tarczą chroniącą przed tyranią większości. Pisał o tym John Stuart Mill w eseju „O wolności”. Tym samym anonimowość jest urzeczywistnieniem celów stojących za Kartą Praw, a pierwszą poprawką do konstytucji w szczególności: aby chronić niepopularne osoby przed odwetem, a ich poglądy przed cenzurą z rąk nietolerancyjnego społeczeństwa. Prawo do pozostania anonimowym może być nadużywane kiedy chroni nieuczciwość. Ale debata polityczna ze swej natury ma nieprzewidywalne konsekwencje, a nasze społeczeństwo zasadniczo przykładą większą wagę do swobody słowa niż niebezpieczeństw jego nadużycia.

Z kolei w dyskusji przypomniałem problem kontroli nad naszymi danymi odnosząc się do wykładu, jaki Eben Moglen wygłosił dla Internet Society w Nowym Jorku.

Ponieważ po spotkaniu premier Pawlak poprosił mnie o przesłanie linku do tego wykładu postanowiliśmy rozpocząć jego tłumaczenie na polski na publicznym wiki. Serdecznie zapraszam do pomocy – wykład jest dość długi, więc jeśli znasz angielski to poświęc pół godziny na przetłumaczenie kilku akapitów.


Dzisiaj mówiłem na konferencji „Granice wolności w Internecie„. Poniżej moje notatki do tego wystąpienia. Polecam też artykuł w serwisie Wiadomości24.

fot. serwis Prezydent.pl, licencja GFDL

Piotr Gomułkiewicz i Jarosław Lipszyc, fot. prezydent.pl, licencja GFDL

„Internauci”. Internauci się zbuntowali, internauci protestują, ktoś tam rozmawia z internautami, a nawet – co szczególnie osobliwe – internautów reprezentują jacyś przedstawiciele. Język potrafi być zwodniczy. Kiedy mówimy internauci projektujemy jakąś osobną grupę, kogoś, z kim można się spotkać i coś uzgodnić. Trochę tak, jak o tej pory było z każdą grupą interesu, która przychodzi do administracji państwowej ze swoimi problemami: pielęgniarki, biznesmeni, policjanci, związkowcy, i tak dalej.

Ale… w Polsce do internetu podłączonych jest na stałe ponad połowa mieszkańców. Ponad 95% rodzin w których są uczące się dzieci ma komputer i dostęp do internetu. Czym lub kim są więc internauci? Może po prostu obywatele? Ludzie?

Nie da się mówić o Internecie, o sieci komunikacyjnej, która nas wszystkich połączyła, w oderwaniu od tego faktu. Internet to zarówno publiczna, jak prywatna sieć komunikacyjna która umożliwia nam wszystkim – całemu społeczeństwu – rozmowę.

XX wiek był erą mediów jednokierunkowych. Radio, telewizja, prasa to media, w których niewielka ilość nadawców mówi do ogromnej ilości odbiorców. Porządki polityczne, które doświadczyły nas w wieku dwudziestym, miału strukturę dokładnie taką, jak media które wykorzystywały w sprawowaniu władzy: centralistyczne systemy oparte na hierarchii, w którym komunikacja przebiega tylko w jednym kierunku, jak głos Fuhrera w radio. To porządek, w którym obywatele słuchają władzy, ale władza nie słucha obywateli.

Internet jest medium wielokierunkowym, medium w którym każdy może mówić i być usłyszanym. Medium, które narusza hierarchiczny porządek projektowany przez media masowe. Medium, w którym obywatele nie tylko mogą powiedzieć co myślą, ale również się zorganizować i zacząć pracować wspólnie.

Ta wielokierunkowość komunikacji powoduje, że Internet jest niezrównanym narzędziem demokratyzacji: demokratyzacji dyskursu publicznego, który umożliwia dialog tym z różnych powodów wykluczonym z mediów masowych. Demokratyzacji procesów decyzyjnych, gdzie różne ośrodki kompetencji mogą mieć wpływ na kształt świata społecznego. Także na decyzje administracji państwowej.

Ta demokratyzacja jest możliwa tylko wtedy, gdy zadbamy o transparentność rządów. Dokumenty publikowane w internecie. Natychmiast. Nie w formie PDF-ów w których zaszyto obrazki, skany papierowych dokumentów z pieczątką, ale prawziwych dokumentów elektronicznych które obywatele mogliby analizować, porównywać, wyszukiwać informacje. Bo w obrazku się nie da.

Prawo do wykorzystania informacji publicznej. Będzie nowelizacja. Warto zwrócić uwagę.

Przyjęcie zasady, że publiczne finansowanie musi się przekładać na publiczną dostępność treści. W szczególności treści edukacyjnych i kultury. Jeśli państwo dba od dekad o drukowanie pism literackich, artystycznych, kulturalnych, to musi teraz zadbać, by te zasoby były dostępne w sieci. Wraz z prawem do ich wykorzystania.

Internet może być narzędziem demokratyzacji, ale w rękach państwa – co pokazuje dobitnie przykład Chin czy Iranu – staje się także wymarzonym narzędziem opresji. Słodkim snem satrapy, zaczarowanym ołówkiem państwa totalitarnego.

W internecie nie jesteśmy anonimowi. Nasze słowa i myśli dają się podejrzeć, zapisać, zanalizować i wykorzystać przeciw nam.

Postępująca digitalizacja komunikacji międzyludzkiej oznacza, że stopniowo przenosimy nasze życie do przestrzeni publicznej. Nasza prywatność jest zagrożona i wymaga ochrony. Przed urzędnikami i agentami państwa, ale także menedżerami prywatnych firm, które zarządzają i wykorzystują nasze dane. LinkedIn zbadał na przykład przepływy personalne pracowników z upadłych w kryzysie banków, do jakich instytucji przechodzili, kiedy, co się z nimi działo. Firma Maxwell daje kubki w zamian za dostęp do informacji o nas i naszych znajomych w portalu Facebook. Te dane są przedmiotem obiegu handlowego, i wymaga on regulacji.

Internet wymaga ochrony. Wymaga ochrony przed administracją państwową, a w szczególności służbami mundurowymi, które nieustannie ponawiają próby uzyskania kontroli operacyjnej nad infrastrukturą internetu, nad komunikacją w internecie.

Wymaga ochrony przed chciwością, o której w ostatnich dwóch dekadach zaczęliśmy mówić jakby była cnotą, a nie grzechem głównym. ACTA, międzynarodowy traktat, w imię chciwości wprowadza odcinanie obywateli od sieci z powodu naruszeń praw autorskich, także tych ściśle prywatnych, niekomercyjnych, związanych z samym uczestnictwem w życiu kulturalnym.

To jest to, co jest nowe. Ale… są pewne rzeczy niezmienne. Jedną z tych rzeczy są prawa podstawowe. Prawo do rozmawiania jest prawem konstytucyjnym, zagwarantowanym w szeregu artykułów. Pan rzecznik mnie poprawi. Jeśli się mylę.

Panie ministrze, bardzo proszę o przekazanie prezydentowi! Jeśli usłyszy Pan, że coś jest robione by chronić obywateli przed internetem – przed negatywnymi zjawiskami w internecie – niech Pan się stanie nieufny. Niech Pan zaprosi ekspertów, niech Pan drąży jaki jest prawdziwy powód. Czy rzeczywiście ochrona? A może jednak pragnienie władzy bądź chciwość? Niech Pan wetuje. Niech Pan wetuje i testuje przed Trybunałem Konstytucyjnym każdą ustawę, która godzi w swobodę wypowiedzi.


Po ogłoszeniu wyników konkursów Ministerstwa Kultury rozpoczęła się debata dotycząca zasad finansowania czasopism kulturalnych. Jest strona na Facebooku, jest specjalny wątek na forum Witryny Czasopism, różne wypowiedzi na blogach. Poszukałem również tekstów o finansowaniu czasopism internetowych w sieci, i znalazłem tekst Agnieszki Kozłowskiej z Witryny sprzed kilku tygodni oraz K. C. Kędera ze Znaku sprzed… 6 (!) lat.

Program dotacji dla czasopism wygląda, jakby był przygotowany nie tyle 6, co 50 lat temu. Sposób określania wskaźników i opis celów przygotowany jest pod media drukowane, co oznacza że automatycznie z konkursu wykluczone są inicjatywy internetowe. Tymczasem wiele serwisów internetowych ma dziś poziom merytoryczny oraz faktyczny zasięg znacząco wyższy, niż różne magazyny drukowane. Okazuje się jednak, że czytelnictwo na poziomie kilkuset tysięcy w internecie ministerstwo po prostu przegapi. Spójrzmy na wskaźniki programu. Są dwa:

1. Liczba numerów czasopisma wydanych w ramach zadania
2. Nakład każdego numeru

Pisma kulturalne nie mają więc żadnego powodu, by docierać do czytelników przez internet. Tymczasem publikacja w internecie ma z punktu widzenia czasopism oraz grantodawcy co najmniej trzy ważne zalety:

1. Jest najtańszą możliwą metodą dotarcia do czytelników, zarówno z punktu widzenia odbiorcy, jak i sponsora
2. Umożliwia trwały dostęp do publikowanych materiałów także po zakończeniu dystrybucji egzemplarza papierowego
3. Znacząco zmniejsza obciążenie logistyczne i organizacyjne związane z organizacją druku i dystrybucji pozwalając się skoncentrować na istocie działalności, czyli zamawianiu i publikacji materiałów

Sprzedaż czasopisma w formie drukowanej bywa ważnym źródłem przychodów, ale… nie zawsze. Wysokie koszty druku i jeszcze wyższe dystrybucji (bywa, że w sumie to jest ponad 50% ceny detalicznej) przy niskich nakładach generują tylko koszty. To dlatego wiele czasopism w ogóle zrezygnowało z wersji papierowej. Agnieszka Kozłowska wymienia: artPAPIER, Esensja, Fahrenheit, KZ, Kultura Enter, Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa, Purpose, Verte. Chętnie bym sporządził pełniejszą listę internetowych serwisów kulturalnych wysokiej jakości, może czytelnicy mi pomogą?

Wydaje się więc, że najwyższy czas umożliwić uzyskiwanie dotacji inicjatywom internetowym. Wystarczy wprowadzić wskaźniki z programu digitalizacyjnego: średnia ilość użytkowników dziennie, ilość odsłon etc. za ostatni rok.

Pisma dotowane z budżetu powinny mieć także obowiązek publikacji materiałów w internecie. Jeśli nie mają własnej strony mogą wykorzystywać istniejącą sieć bibliotek internetowych dLibra albo bezpośrednio cyfrową wersję Biblioteki Narodowej czyli Polonę. Może to być robione po zakończeniu okresu dystrybucji egzemplarzy fizycznych, które przecież pozostają na półkach tylko przez ograniczony czas, żeby nie kanibalizować przychodów z tytułu dystrybucji egzemplarzy fizycznych. Dlaczego? Dlatego że publiczne fundusze powinny wspierać dostępność i wysokie czytelnictwo treści o dużej wartości. To jest powód, dla którego w ogóle państwo wspiera pisma kulturalne. W XXI wieku inaczej niż przez internet tego się robić nie da.

Dodatkowo powinno się stosować zasadę znaną z tegorocznego programu Edukacja kulturalna, iż dodatkowo premiowane punktami jest udostępnianie tekstów i innych materiałów na wolnych licencjach. Udostępnianie na wolnej licencji umożliwia dalszy wykorzystanie tych materiałów, a tym samym zwiększa dostępność i efektywność wydatkowania funduszy publicznych. Wspierajmy budowanie otwartej, a nie zamkniętej kultury. Nie sądzę, by powinno to być kryterium obowiązkowe, ale te instytucje i autorzy którzy chcą na dalsze wykorzystanie materiałów zezwolić powinni być adekwatnie wynagradzani.


Mijają dwa tygodnie od spotkania z premierem, i wygląda na to, że ze strony rządowej nie ma woli kontynuowania rozmowy. Zapraszam też na otwartą listę dyskusyjną, na której przedstawiciele organizacji pozarządowych organizują się, by nadać sprawie dalszy bieg. Nasze trzy główne postulaty to:

1. Porzucenie projektu Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych
2. Prowadzenie rzetelnej Oceny Skutków Regulacji i realnych konsultacji społecznych
3. Ochrona praw społeczeństwa informacyjnego

Pełen tekst postulatów jest dostępny m. in. na stronie Fundacji Nowoczesna Polska.

Poniżej wklejam wywiad, jaki przeprowadził ze mną Adrian Kubicki dla ngo.pl.

Brak konsultacji społecznych przy tworzeniu prawa – to główny zarzut, jaki koalicja organizacji pozarządowych ma wobec władz. Niespełna dwa tygodnie temu odbyło się spotkanie NGO-sów z premierem w sprawie ustawy hazardowej. Z prezesem Fundacji Nowoczesna Polska, Jarosławem Lipszycem, rozmawiamy o tym, co do tej pory wyniknęło z tego spotkania i co dalej zrobią organizacje pozarządowe, żeby zapobiec utworzeniu rejestru zakazanych stron internetowych.

autor(ka): Adrian Kubicki
2010-02-17, 14.41

Pan i inni przedstawiciele organizacji pozarządowych rozmawiali z premierem na temat ustawy hazardowej. Dużo propozycji rozwiązań padło z waszej strony, padły też wstępne deklaracje ze strony premiera. Jesteście zadowoleni z tego spotkania?
J.L.: – Przede wszystkim – jestem bardzo zadowolony, że to spotkanie w ogóle się odbyło. Natomiast jego skutki będziemy mogli ocenić dopiero za jakiś czas, kiedy zobaczymy, co pójdzie za tym spotkaniem. Wystąpienie przed mediami, podczas którego można pewne rzeczy powiedzieć czy pewne rzeczy nagłośnić to jest jedno, a realna praca to jest drugie. Podczas tego spotkania organizacje pozarządowe i osoby reprezentujące różne środowiska, przedsięwzięcia, media internetowe poruszyły szereg bardzo istotnych błędów w tej ustawie i procesie jej legislacji, z których rejestr stron zakazanych jest tak naprawdę tylko jednym z wielu punktów.

Czy nie ma Pan wrażenia, że premier pracuje na swój dobry wizerunek, spotykając się przed kamerami i mówi tylko o rzeczach, które są nagłośnione w mediach?
J.L.: – Niewątpliwie tak jest, ale wydaje mi się, że dobrze zakomunikowaliśmy opinii publicznej i premierowi, iż zasadniczym problemem są konsultacje społeczne i szerzej: debata wokół tego, jakiego rodzaju społeczeństwo informacyjne zamierzamy budować. Rejestr stron internetowych to absurdalny, bardzo restrykcyjny i bardzo ingerujący w systemy informatyczne w kraju pomysł. Władze chcą go przepchnąć opłotkami na marginesie zupełnie innej ustawy, a my nawet nie wiemy, kto jest jego autorem i jakie są powody jego wprowadzenia. Bo jeżeli pomysłem jest to, że mamy jednocześnie i zwiększać dochody państwa, o czym premier najwięcej mówił, i walczyć na przykład z pedofilią, to my się zastanawiamy, jaki jest tego prawdziwy powód. Domyślamy się, że chodzi o uzyskanie kontroli nad infrastrukturą komunikacyjną.

Sprzeciwiacie się temu, bo taka kontrola byłaby szkodliwa dla społeczeństwa, czy tylko dlatego, że jej wprowadzenie i tak zakończy się fiaskiem? Czy jakakolwiek kontrola przy użyciu rejestru stron internetowych jest możliwa?
J.L.: – Rejestr to tylko lista stron. Tu chodzi o serwery instalowane w siedzibach operatorów telekomunikacyjnych, przez które musiałby być przepuszczany cały ruch elektroniczny, czyli każdy e-mail, każda wiadomość. Mówię o bardzo konkretnym sprzęcie, o tonach sprzętu, który musiałby być zainstalowany jako efekt stworzenia rejestru. W tym sensie to, co by się znalazło na tej liście, jest nieistotne. To, że powstałaby infrastruktura, która mogłaby być wykorzystywana do bardzo wielu różnych innych celów jest niebezpieczne.

Możliwość wykorzystania tej infrastruktury jako narzędzia dla dyktatury ocenia Pan jako realne zagrożenie, coś co może rzeczywiście nastąpić?
J.L.: – Realnie byliśmy bardzo blisko zainstalowania tego sprzętu.

Premier mówi, że nie ma na celu inwigilowania obywateli, i to wcale nie jest narzędzie aparatu państwowego…
J.L.: – Jeżeli w pierwszym akcie wisi strzelba, to w ostatnim musi wystrzelić. Trochę jest mi wszystko jedno, co premier mówi dziś i jaki dziś ma cel. Jeżeli wiesza na ścianie naładowaną strzelbę, to ja realnie boję się, że ona wystrzeli. Bo jeżeli tak ma się nie stać, to po co jest naładowana i po co wisi?

Ale zgadza się Pan, że premier mówi o istotnych problemach takich jak przemoc czy pedofilia w sieci? Może tylko nie wie, jak im przeciwdziałać?
J.L.: – Czyżby? Fundacja Kid Protect mówi, że ten pomysł jest nie tylko zły, a wręcz szkodliwy. Uczyni przemoc wobec dzieci mniej widoczną, ale nie zlikwiduje tej przemocy. Internet jest platformą komunikacji, on nie istnieje tylko w komputerach. Istnieje także w telefonach komórkowych i tak samo w czasopismach pornograficznych. Państwo powinno tak jak wszędzie, tak i w internecie ścigać i łapać przestępców.

Czy polskie prawo nadąża za zmianami technologicznymi? Czy to przełożenie, które Pan proponuje da się w Polsce zaimplementować?
J.L.: – Nasz system prawa wymaga reformy. Faktem jest, że pojawienie się nowych technologii komunikacyjnych, które dają bardzo duże możliwości, wywołało ruch społeczny z udziałem prywatnych osób, organizacji pozarządowych, stowarzyszeń biznesowych. Wszyscy mogą się teraz ze sobą komunikować. Ten ruch nie ma liderów. W ich roli występowało dotychczas w sieci może kilkanaście osób. Decentralizacja takiej obywatelskiej koalicji była możliwa tylko dzięki technologiom komunikacyjnym, i to jest wielka zmiana, która wywraca logikę bardzo wielu różnych regulacji i która ma wpływ na to, jak te regulacje funkcjonują w realnym świecie.
Dlaczego teraz musimy myśleć o prawie prasowym? Bo okazało się, że mamy w tym kraju kilkanaście milionów dziennikarzy, którzy piszą i publikują. To samo jest z prawem autorskim. Okazało się, że w tym kraju mamy kilkanaście milionów twórców. System prawa autorskiego i system redystrybucji w ogóle nie jest przygotowany na to, że nagle pojawia się taka ilość osób uprawnionych do otrzymywania tantiem z tytułu publikacji.

Jeśli chodzi o system ścigania przestępców, to jest on przecież dokładnie taki sam jak w realnym świecie. Kiedy ktoś robi coś złego, to się go zatrzymuje, oskarża, skazuje i wsadza do więzienia. W tym sensie pomysły rządu są krokiem w tył. To zamknięcie oczu i udawanie, że pewnych przestępstw w ogóle nie ma.

Abstrahując od procesów demokratycznych i tego, że niektóre zapisy ustawy hazardowej im zagrażają: czy nie uważa Pan, że kontrolowanie internetu jest po prostu bez sensu, bo tak naprawdę jest niemożliwe? Ludzie, którzy będą chcieli mieć dostęp do określonych treści i tak będą go mieli.
J.L.: – Oczywiście jest tak, że to, co zagraża wartościom demokratycznym, w żadnym stopniu nie utrudni życia przestępcom. To jest zasadniczy zarzut wobec tej regulacji, o której rozmawiamy. Podobno w Australii analogiczna lista stron zakazanych wyciekła do internetu i stała się Świętym Graalem, czymś nadzwyczaj poszukiwanym. Obejście zabezpieczeń jest czymś banalnie prostym, a rejestr jest po prostu indeksem adresów.

Premier na koniec spotkania stwierdził, że może rzeczywiście trzeba ten rejestr porzucić. Czy to Pana uspokaja?
J.L.: – My w organizacjach pozarządowych zazwyczaj mówimy inaczej. Łatwo przyznajemy się do błędów i wycofujemy ze stanowisk, bo wiemy, że dialog społeczny polega na tym, że niektórzy dają się przekonać. A jak ktoś daje się przekonać, to mówi: „jestem przekonany”. Rozumiem, że politycy mówią inaczej i akceptuję to. Z pewnym trudem jednak dociekam sensu tych słów premiera. Czy to co on powiedział oznacza, że rząd chce się z tego projektu wycofać, czy wręcz przeciwnie, chce go na pewien czas przetrzymać, żeby potem do niego wrócić? Ta wypowiedź była wyjątkowo niejasna. Na proste pytanie czy rejestr trafi do kosza, premier odpowiedział: „Być może, nie wiem”.

Gazety następnego dnia pisały, że Tusk się ugiął pod waszymi postulatami.
J.L.: – Zobaczymy, co będzie dalej. Jeżeli premier spróbuje wrócić do tego projektu, być może tylko inaczej opakowanego i nazwanego, to te protesty, które były do tej pory będą niczym w porównaniu z tym, jakie one będą. O tym jestem głęboko przekonany, bo opinia publiczna w tym momencie jest na ten problem bardzo uwrażliwiona. Jedynym rozwiązaniem dla rządu jest wysłuchanie opinii publicznej, bo tak się powinno robić w demokratycznym państwie.

Co jeszcze oburzyło was w związku z ustawą hazardową poza rejestrem stron zakazanych?
J.L.: – Skandaliczny był w ogóle proces procedowania tej ustawy. Minister Boni przyznał, że rządowi podczas pracy nad tą ustawą udzielił się pośpiech, który być może był niepotrzebny. Moim zdaniem to oznaka dużo poważniejszej choroby. To wskazuje, że konsultacje społeczne i transparentność procesu legislacyjnego są w naszym kraju na niskim poziomie, a w przypadku tej ustawy stały na poziomie skandalicznym. Dlatego jednym z najważniejszym postulatów organizacji pozarządowych jest naprawa systemu konsultacji społecznych, właśnie po to, żeby złe pomysły, które będą się pojawiać, były natychmiast zbijane. Myślę, że gdyby w tym przypadku wcześniej zapytano społeczeństwo o treść projektu ustawy hazardowej, rejestr stron zakazanych w ogóle nie stanąłby na agendzie. Konsultacje społeczne pomagają takie pomysły eliminować. Warto też zaznaczyć, że dla nas nigdy nie było ważne, jaki jest zakres blokowania stron. To jest wszystko jedno, co zamierzamy blokować, ważne, że w ogóle jest taka tendencja. Kolejną rzeczą jest zapis w ustawie o zwiększeniu uprawnień służb mundurowych, jeśli chodzi o wgląd w prywatne dane. Zaglądanie w to, co robią obywatele, jest dla nas niepokojącym zjawiskiem.

Jakie wobec tego będą kolejne kroki organizacji pozarządowych w tej sprawie? Premier obiecał, że jeszcze się z wami spotka, ale nie powiedział kiedy.
J.L.: – Wszystkie organizacje, które chcą wziąć udział w debacie o przyszłości społeczeństwa informacyjnego komunikują się za pośrednictwem listy. Ona jest otwarta i zapraszamy wszystkie organizacje do współpracy. Istotne jest, że robimy to w sposób otwarty i, że chcemy stosować wyższe standardy niż administracja rządowa w tym względzie. Razem będziemy starać się wdrożyć trzy postulaty: chcemy, żeby rząd zrezygnował z pomysłu rejestru i wyrzucił go z ustawy, po drugie, chcemy naprawy procesu konsultacji społecznych, po trzecie, rozpoczęcia szerokiej debaty o prawach społeczeństwa informacyjnego. Chcielibyśmy, żeby ta debata była otwarta, żeby była publiczna, żeby każdy, kto ma coś do powiedzenia na ten temat, mógł zabrać w niej głos. Do tej pory ze strony rządu nie został wykonany żaden krok do spełnienia tych postulatów, chociaż minęły już prawie dwa tygodnie od spotkania. Planujemy wysłać do premiera oficjalne pismo, w których wezwiemy rząd do podjęcia tych kroków.


Poseł Janusz Piechociński uzyskał i udostępnił opinię Biura Analiz Sejmowych dotyczącą projektu Rejstru Stron i Usług Niedozwolonych ustawy Wspieranie rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych (kliknij by pobrać pełen tekst). Kluczowy fragment to:

(1) Art. 7 ust. 4 pkt 3 projektu ustawy o wspieraniu rozwoju i usług sieci telekomunikacyjnych (druk nr 2546) w części odnoszącej się do blokowania dostępu do określonych treści zawartych w Internecie jest niezgodny z art. 54 ust. 1 w zw. z art. 31 ust. 3 Konstytucji RP. Prowadzi bowiem do ograniczenia wolności pozyskiwania informacji zawartych na stronach internetowych podlegających obowiązkowi blokowania w sposób, który nie mieści się w konstytucyjnych standardach ograniczania wolności i praw uregulowanych w art. 31 ust. 3 konstytucji.
(2) Opiniowany przepis jest również niezgodny z wyprowadzaną z art. 2 konstytucji zasadą określoności przepisów prawa, gdyż sformułowany został w wyjątkowo nieostry sposób, znacznie utrudniający adresatom jego stosowanie.
(3) Nie można stwierdzić niezgodności omawianego przepisu z art. 54 ust. 2 konstytucji, gdyż art. 7 ust. 4 pkt 3 projektu nie zawiera rozwiązań o charakterze cenzury prewencyjnej. Tymczasem art. 54 ust. 2 zakazuje w zdaniu pierwszym jedynie cenzury prewencyjnej środków społecznego przekazu.

Wydaje się, że zarzuty formułowane do tego projektu są identyczne, co wobec RSiUN.


Dwa ważne teksty opublikowane przez dwóch uczestników spotkania u premiera. Wacław Iszkowski napisał tekst który w zasadzie należy uznać za fundamentalny:

Warto zapamiętać dla historii datę – piątek 5 lutego 2010 roku – jako dzień, w którym powstało w Polsce Społeczeństwo Informacyjne, przy czym sam termin „powstało” należy rozumieć dwojako – jako istotny dzień początku oraz jako akcję sprzeciwu. [...] W tym dniu odbyło się pierwsze spotkanie internautów z Premierem Donaldem Tuskiem. W Sali Świetlikowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów spotkali się przedstawiciele dziesięciu różnych młodych organizacji społecznych oraz blogerzy, a poprzez nich, internauci, mogący na bieżąco komentować i zadawać pytania. Reprezentowali oni już ponad 50% populacji ludności polskiej mającej dostęp do Internetu. Czując się większością przyszli do Premiera z żądaniem zachowania prawa do wolności w dostępie i użytkowaniu Internetu. Powoływali się na Konstytucję RP, podobnie jak 30 lat temu dzisiejsi rządzący formułowali trzeci z 21 postulatów w Stoczni Gdańskiej – „Przestrzeganie zagwarantowanej w Konstytucji PRL wolności słowa, druku i publikacji”.

Dalej jest równie ciekawie.

Z kolei Jakub Śpiewak pisze:

Mam wrażenie, że nie do końca jeszcze do nas dotarło, co tak naprawdę się wydarzyło. A wydarzyło się coś niezwykle istotnego. Oto bowiem zadziałały, dzięki internetowi, mechanizmy społeczeństwa obywatelskiego. Zapisy ustawy wywołały protesty. To się zdarza. Protesty te były na tyle silne, że rząd nie mógł jej ignorować. Nie dlatego, że obawiał się zdemolowania miasta, jak to mają w zwyczaju robić górnicy. I to już jest różnica. Internauci, czyli grupa wydawałoby się – mocno niezorganiz0wana, zdołali wymusić konstruktywną reakcję szefa rządu. Co ważne – byli w stanie odpowiedzieć na zaproszenie. A spotkanie, które w efekcie się odbyło, ma być początkiem nowych konsultacji. Minister Michał Boni mówił wręcz o “opcji zerowej” w konsultacjach społecznych. W dodatku jest duża szansa, iż będą to konsultacje z obywatelami, a nie z organizacjami pozarządowymi czy branżowymi, które wszak do reprezentowania obywateli nie mają upoważnienia. To ogromne zmiany. Obyśmy ich nie zmarnowali.

Bardzo, bardzo ciekawe uwagi. Na fali optymizmu, ale hej! warto się dać ponieść takiej fali!


Tłumaczę premierowi, że myli się myśląc, że cenzura pozwoli na walkę z przestępczością. Podpieram się uzasadnieniem ustawy. Foto: Grzegorz Roginski, Centrum Informacyjne Rządu

Dla tych, którzy nie oglądali mam nagranie całej debaty, włącznie z rozmową z ministrem Bonim.

Najpierw pozytywy:

* Rząd zrobił duży krok do tyłu i wycofał się z RSiUN do czasu konsultacji społecznych. Te będą miażdżące, i RSiUN w dzisiejszej postaci szans raczej w nich nie ma. Powrót do tego pomysłu grozi eskalacją protestów. Nie sądzę, by rząd się na to zdecydował.

* Rząd obiecał wdrożenie realnych procedur konsultacji społecznych. Ponoć buduje system informatyczny do prowadzenia konsultacji. Głośno padła prośba o konsultacje nad projektem tego systemu, skoro mamy z niego skorzystać do konsultacji. Nie padła niestety wiążąca odpowiedź, że takie konsultacje będą przeprowadzone.

* Projekty z zakresu społeczeństwa informacyjnego będą zamrożone. Będą się odbywać dalsze spotkania, i to już w ciągu kilku dni, podczas których mamy rozmawiać o problemach. Istnieje nadzieja, że będzie można na nich budować porozumienie i rozmawiać o konkretach.

Wygląda więc na to, że w każdym z trzech głównych postulatów organizacji pozarządowych zrobiliśmy znaczący krok naprzód.

Teraz negatywy:

* Po raz pierwszy usłyszeliśmy z ust rządu o co tak naprawdę chodzi z RSiUN: o zwiększenie wpływów do budżetu z hazardu. Niby to wiedzieliśmy, ale w dokumentach próżno tego było szukać. Teraz padło to oficjalnie. Oczywiście nie wiemy, czy na poziomie niżej ktoś nie miał innych celów do osiągnięcia. Premier usiłował przerzucić odpowiedzialność na szukanie alternatywnych dla RSiUN rozwiązań na stronę społeczną. Po pierwsze: nie tak wyobrażam sobie zadania strony społecznej. Po drugie: a co, jeśli takich rozwiązań nie ma? Wtedy pogwałcimy prawa podstawowe? Wdrożymy cenzurę, tyle że w innej postaci i pod inną nazwą?

* Po debacie nie ma wątpliwości, że walka z pedofilią była przykrywką mająca na celu ukrycie celu zasadniczego, którym jest zwiększenie wpływów do budżetu z hazardu w kluczowym roku 2012. Doskonale widać też, że rząd zdawał sobie sprawę z manipulacji w procesie konsultacji społecznych. Skala nieprawidłowości jest duża, i chyba warto je jednak wyjaśnić.

* Wypowiedzi na temat „walki z przestępczością” były tyleż gładkie, co kompromitujące, skoro uzasadnienie ustawy wprost mówi: „Za pomocą sieci Internet możliwy jest dostęp do stron internetowych, które zawierają treści wywołujące negatywne skutki dla społeczeństwa. Dostęp do takich stron powinien być utrudniony, co będzie służyło zmniejszeniu kręgu osób korzystających z tych stron”. Żadnej walki z przestępczością nie ma, i w tym modelu nie będzie. Walka z przestępczością to żmudna praca operacyjna policji. I tak dalej. Za dużo było w tym spotkaniu PR, za mało rzeczywistej debaty.

* Możemy się teraz spodziewać serii pomysłów przemysłu informatycznego na zaprowadzania porządku w sieci, i jestem pewien, że pojawią się wśród nich pomysły na ograniczanie dostępu do treści na gruncie prawa autorskiego. Z deszczu pod rynnę.

Na koniec:

* Obydwie strony były słabo przygotowane. Strona rządowa nie za bardzo wiedziała o czym mówi, najlepiej przygotowane merytorycznie osoby (Tarkowski i Ostrowski) siedziały cicho. Strona społeczna była liczna, ciągle jeszcze słabo skoordynowana, i w swojej masie przygotowana na spokojne tłumaczenie i współpracę. Ale… to był event piarowy i liczyła się siła, a nie racja. Bez zmiany nastawienia jednej i drugiej strony (więcej stanowczości po stronie społecznej, więcej koncyliacyjności po rządowej) nie uda się osiągnąć zadowalających rezultatów. Których państwu i sobie życzę.


Tekst napisany dla Gazety Wyborczej (opublikowany w lekko skróconej wersji).

Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych to zaledwie czubek góry lodowej. Pomysł wprowadzenia cenzury internetu uruchomił publiczną debatę o przyszłości społeczeństwa informacyjnego.

Projektu wbudowania w polski internet cenzorskiej infrastruktury spowodował protest, którego siła była jak sądzę dużym zaskoczeniem dla rządu i obserwatorów życia politycznego. Setki tysięcy osób dyskutują za pośrednictwem blogów i serwisów społecznościowych, użytkownicy internetu nagrywają piosenki i filmowe parodie, w sprawie wypowiedziały się już dziesiątki instytucji pozarządowych i branżowych. Sprzeciw jest w zasadzie jednogłośny. Krajowa Rada Sądownicza i Urząd Komunikacji Elektronicznej, instytucje mające projekt wdrażać w życie, też są na nie. Jedyną instytucją która ciągle jeszcze broni projektu jest rząd. Warto więc zastanowić się, nie tylko z czego ten opór wynika, ale także do czego może doprowadzić.
Continue reading ‘Edukacja zamiast cenzury’