Notatki do referatu „Czy internauci są ludźmi?”
Dzisiaj mówiłem na konferencji „Granice wolności w Internecie„. Poniżej moje notatki do tego wystąpienia. Polecam też artykuł w serwisie Wiadomości24.
„Internauci”. Internauci się zbuntowali, internauci protestują, ktoś tam rozmawia z internautami, a nawet – co szczególnie osobliwe – internautów reprezentują jacyś przedstawiciele. Język potrafi być zwodniczy. Kiedy mówimy internauci projektujemy jakąś osobną grupę, kogoś, z kim można się spotkać i coś uzgodnić. Trochę tak, jak o tej pory było z każdą grupą interesu, która przychodzi do administracji państwowej ze swoimi problemami: pielęgniarki, biznesmeni, policjanci, związkowcy, i tak dalej.
Ale… w Polsce do internetu podłączonych jest na stałe ponad połowa mieszkańców. Ponad 95% rodzin w których są uczące się dzieci ma komputer i dostęp do internetu. Czym lub kim są więc internauci? Może po prostu obywatele? Ludzie?
Nie da się mówić o Internecie, o sieci komunikacyjnej, która nas wszystkich połączyła, w oderwaniu od tego faktu. Internet to zarówno publiczna, jak prywatna sieć komunikacyjna która umożliwia nam wszystkim – całemu społeczeństwu – rozmowę.
XX wiek był erą mediów jednokierunkowych. Radio, telewizja, prasa to media, w których niewielka ilość nadawców mówi do ogromnej ilości odbiorców. Porządki polityczne, które doświadczyły nas w wieku dwudziestym, miału strukturę dokładnie taką, jak media które wykorzystywały w sprawowaniu władzy: centralistyczne systemy oparte na hierarchii, w którym komunikacja przebiega tylko w jednym kierunku, jak głos Fuhrera w radio. To porządek, w którym obywatele słuchają władzy, ale władza nie słucha obywateli.
Internet jest medium wielokierunkowym, medium w którym każdy może mówić i być usłyszanym. Medium, które narusza hierarchiczny porządek projektowany przez media masowe. Medium, w którym obywatele nie tylko mogą powiedzieć co myślą, ale również się zorganizować i zacząć pracować wspólnie.
Ta wielokierunkowość komunikacji powoduje, że Internet jest niezrównanym narzędziem demokratyzacji: demokratyzacji dyskursu publicznego, który umożliwia dialog tym z różnych powodów wykluczonym z mediów masowych. Demokratyzacji procesów decyzyjnych, gdzie różne ośrodki kompetencji mogą mieć wpływ na kształt świata społecznego. Także na decyzje administracji państwowej.
Ta demokratyzacja jest możliwa tylko wtedy, gdy zadbamy o transparentność rządów. Dokumenty publikowane w internecie. Natychmiast. Nie w formie PDF-ów w których zaszyto obrazki, skany papierowych dokumentów z pieczątką, ale prawziwych dokumentów elektronicznych które obywatele mogliby analizować, porównywać, wyszukiwać informacje. Bo w obrazku się nie da.
Prawo do wykorzystania informacji publicznej. Będzie nowelizacja. Warto zwrócić uwagę.
Przyjęcie zasady, że publiczne finansowanie musi się przekładać na publiczną dostępność treści. W szczególności treści edukacyjnych i kultury. Jeśli państwo dba od dekad o drukowanie pism literackich, artystycznych, kulturalnych, to musi teraz zadbać, by te zasoby były dostępne w sieci. Wraz z prawem do ich wykorzystania.
Internet może być narzędziem demokratyzacji, ale w rękach państwa – co pokazuje dobitnie przykład Chin czy Iranu – staje się także wymarzonym narzędziem opresji. Słodkim snem satrapy, zaczarowanym ołówkiem państwa totalitarnego.
W internecie nie jesteśmy anonimowi. Nasze słowa i myśli dają się podejrzeć, zapisać, zanalizować i wykorzystać przeciw nam.
Postępująca digitalizacja komunikacji międzyludzkiej oznacza, że stopniowo przenosimy nasze życie do przestrzeni publicznej. Nasza prywatność jest zagrożona i wymaga ochrony. Przed urzędnikami i agentami państwa, ale także menedżerami prywatnych firm, które zarządzają i wykorzystują nasze dane. LinkedIn zbadał na przykład przepływy personalne pracowników z upadłych w kryzysie banków, do jakich instytucji przechodzili, kiedy, co się z nimi działo. Firma Maxwell daje kubki w zamian za dostęp do informacji o nas i naszych znajomych w portalu Facebook. Te dane są przedmiotem obiegu handlowego, i wymaga on regulacji.
Internet wymaga ochrony. Wymaga ochrony przed administracją państwową, a w szczególności służbami mundurowymi, które nieustannie ponawiają próby uzyskania kontroli operacyjnej nad infrastrukturą internetu, nad komunikacją w internecie.
Wymaga ochrony przed chciwością, o której w ostatnich dwóch dekadach zaczęliśmy mówić jakby była cnotą, a nie grzechem głównym. ACTA, międzynarodowy traktat, w imię chciwości wprowadza odcinanie obywateli od sieci z powodu naruszeń praw autorskich, także tych ściśle prywatnych, niekomercyjnych, związanych z samym uczestnictwem w życiu kulturalnym.
To jest to, co jest nowe. Ale… są pewne rzeczy niezmienne. Jedną z tych rzeczy są prawa podstawowe. Prawo do rozmawiania jest prawem konstytucyjnym, zagwarantowanym w szeregu artykułów. Pan rzecznik mnie poprawi. Jeśli się mylę.
Panie ministrze, bardzo proszę o przekazanie prezydentowi! Jeśli usłyszy Pan, że coś jest robione by chronić obywateli przed internetem – przed negatywnymi zjawiskami w internecie – niech Pan się stanie nieufny. Niech Pan zaprosi ekspertów, niech Pan drąży jaki jest prawdziwy powód. Czy rzeczywiście ochrona? A może jednak pragnienie władzy bądź chciwość? Niech Pan wetuje. Niech Pan wetuje i testuje przed Trybunałem Konstytucyjnym każdą ustawę, która godzi w swobodę wypowiedzi.
Filed under: Uncategorized | 3 Comments



Świetny tekst ,jeśli przyjąć że internauci , to osoby podobne do autora,jeśli idzie o wartości deontologiczne.Różnorodność użytkowników sieci wymaga zastosowania najbardziej podstawowych zasad etycznych w możliwie najszerszym ujęciu. Ideałem byłoby gdyby- przestrzeganych przez wszystkich.Ale natura ludzka …
Informacja a również dostęp do niej , jest wartością ,którą można chcieć reglamentować ,wydzielać,blokować np.w celu uzyskania przewagi ,ale również by
chronić niewinnych przed anonimowymi atakami czujących się bezkarnie (bo anonimowych) agresorów.
Jak można to regulować ,nie krzywdząc przy tym , to bardzo poważne wyzwanie na miarę wielkości sieci i wspólnego mianownika dla internautów.
@iza:
„Jak można regulować” to również „bardzo poważne wyzwanie” na miarę wielkości świata i wspólnego mianownika ludzkości, czy na miarę wielkości polski i wspólnego mianownika jej obywateli.
właśnie o to chodzi, by nie dzielić sztucznie „sieć/real”. internet to narzędzie, i jak każdego innego narzędzia można go używać dla celów dobrych i złych. nie tworzy nowej rzeczywistości, tworzy natomiast nowe możliwości w ramach tej rzeczywistości, w której wszyscy siedzimy po uszy.
problem „jak regulować” dotyczy nie tylko internetu. ten, przez swoją skalę, uwidocznił, uwydatnił tylko pewne problemy, które wcześniej nie były tak widoczne – ale one tam były, zawsze: prawo do prywatności a robienie zdjęć, na ten przykład. nie boli nas, że znajdziemy się na zdjęciu anonimowego turysty z Japonii, ale boli nas, że ten sam turysta może zobaczyć naszą twarz w Google Street View. a przecież różnica jest tylko kwestią skali!
te same zasady (prawne, konstytucyjne, etc), które działają w „realu” powinny działać i w „sieci” po prostu dlatego, że „sieć” i „real” to to samo.
różnorodność mieszkańców mojego kraju wymaga zastosowania najbardziej podstawowych zasad etycznych w możliwie najszerszym ujęciu. to, czy wchodzę z nimi relację osobiście, przez telefon, za pomocą samochodu, czy przez internet, nie ma tu najmniejszego znaczenia.
nie mitologizujmy sieci, jest to zupełnie zbędne i nic dobrego nam z tego nie przyjdzie.
Obywatele owszem i mówią, ale te głosy są słyszalne przez nielicznych. Bo nie dość, że trzeba znaleźć właściwy adres to jeszcze oddzielić ziarno od plew. Nie mityzujmy doniosłości sieciowego dialogu. Pasywność została zastąpiona kakofonią głosów, których nikt nie słucha. Zwłaszcza władza! Pozdrawiam