ACTA odbiera nadzieję na zmiany
Ludzie protestują nie dlatego, że boją się zmian, ale dlatego że mają nadzieję na zmiany. Podpisanie ACTA odbiera nam wszystkim tą nadzieję. Traktat zabetonuje istniejący system własności intelektualnej i uniemożliwi jego reformę.
Kiedy Minister Boni chciał uspokoić nastroje społeczne powiedział: “Ta umowa w niczym nie zmieni, zgodnie z opiniami prawników, polskiego prawa, także w sferze praw internautów i funkcjonowania internetu“. Tym samym dał dowód, że rząd kompletnie nie rozumie powodów, dla których wprowadzenie ACTA spotkało się z tak silnym i zmasowanym protestem. My nie boimy się tego, że umowa zmieni coś na gorsze. My się boimy, że umowa uniemożliwi nam zmiany na lepsze. Bo źle to już jest.
Z ACTA może być tylko gorzej, bo jest to niezmiernie sprytnie napisany dokument. Posługuje się niejasnymi pojęciami “piractwa” i “skali handlowej” w taki sposób, by dawało się je dowolnie interpretować. Także w taki sposób, by podpadała pod nie większość naruszeń praw wyłącznych mających charakter incydentalny, związany z codziennymi aktami komunikacji – wklejenie nie swojego zdjęcia na stronę internetową czy dźwięki popularnej piosenki na ślubnym wideo. Te naruszenia dziś praktycznie rzecz biorąc nie są w żaden sposób ścigane, choć z prawnego punktu widzenia oczywiście są naruszeniami.
ACTA, nawet nie zmieniając ani na jotę stanu naszego prawa, może diametralnie zmienić sposób, w jaki instytucje państwa i przedsiębiorstwa reagują na takie naruszenia – oczywiście w kierunku większych restrykcji, ograniczenia prywatności i stosowania nieproporcjonalnych środków. Obywatele społeczeństwa informacyjnego wiedzą, że nie da się aktywnie korzystać z mediów komunikacyjnych, w bogatym informacyjnie środowisku, bez dokonywania takich naruszeń. Ostatnie badania przeprowadzone przez Mirosława Filiciaka i Alka Tarkowskiego (będącego, o ironio, doradcą ministra Boniego) pokazały wyraźnie, że świat nie dzieli się na “złych piratów” i “płacących obywateli”. Osoby które najwięcej swoich pieniędzy wydają w sektorze kultury i osoby naruszające prawa to są dokładnie te same osoby. Najlepiej wykształceni i najbardziej oczytani są naraz najlepszymi klientami przemysłów kreatywnych i najczęściej stojącymi na bakier z prawem autorskim przestępcami.
To oznacza, że wojna z piractwem – na którą właśnie rusza premier – jest wojną z elitą tego kraju. Kiedy to zrozumiemy, przestanie nas dziwić temperatura sporu. Osoby protestujące przeciwko ACTA doskonale znają ten dokument i wiedzą jakie zagrożenia ze sobą niesie. Protestuje kilkaset tysięcy ludzi, jest blackout kilkuset witryn internetowych, zapowiedziano kilkadziesiąt manifestacji w różnych miastach. Wczoraj w Warszawie na ulicy stało kilka tysięcy ludzi. To nie jest jakaś jedna grupa interesu, która forsuje swój model biznesowy. To protest obywateli zaniepokojonych ingerencją władzy w sferę ich prywatnej komunikacji z innymi ludźmi.
Obywatele chcą reformy systemu. W medialnej dyskusji sprowadzane jest to często do frazy “zgoda na piractwo”, ale naprawdę, nie o to tutaj chodzi. Chodzi o zbudowanie takiego systemu, który będzie po pierwsze skuteczny ekonomicznie, po drugie będzie prosty i zrozumiały dla obywateli, a po trzecie nie będzie ograniczał wolności słowa i praw obywatelskich. Obecny system nie spełnia żadnego z tych warunków: został zbudowany w epoce drukowanej książki, w celu wspierania modelu sprzedaży fizycznych egzemplarzy utworów, więc siłą rzeczy nijak się ma do realiów cyfrowej, bezkosztowej dystrybucji. Ogrom niejasnych reguł i wyjątków czyni nawet tak prostą czynność jak cytowanie zadaniem dla sztabu prawników. Zaś w sytuacji, gdy większość naszych aktów komunikacyjnych ma charakter publiczny – na blogach i forach internetowych czy w serwisach społecznościowych - idea monopolu na publikację stała się już teraz niczym innym jak groźnym kneblem. W świecie polifonicznej informacji to co mamy do przekazania innym stosunkowo rzadko pochodzi wyłącznie od nas.
Zbudowanie nowego systemu jest wyzwaniem, które powoli podejmuje szereg ośrodków intelektualnych, włączając w to World Intelectual Property Organization. Nie ma przeszkód, by nie rozpocząć takich działań w Polsce już teraz… o ile wdrożenie zmian będzie możliwe.
ACTA zawiera w sobie nie tylko potwierdzenie obowiązujących aktów prawnych, ale też szereg zapisów dodatkowych, zupełnie dla naszego porządku prawnego nowych. To o nich mówił premier kiedy deklarował, że nie chce ograniczania praw “internautów” (choć zapewne miał na myśli po prostu obywateli). Na pozór deklaracja premiera nie ma sensu. Jeśli wszystkie “twarde” postanowienia są już zawarte w polskim prawie, w opcjonalne nie będą wdrażane, to po co w ogóle do ACTA przystępujemy? Niestety, odpowiedź na to pytanie jest dość oczywista. ACTA ma na celu nie tylko zabetonowanie istniejącego porządku prawnego, ale też wytyczenie takiej drogi w przyszłość, z której zboczyć nie będzie można. Te dodatkowe przepisy, te które budzą takie kontrowersje, nie będą wdrażane dziś. Ale jutro, w bardziej sprzyjającej sytuacji politycznej, przez inny rząd, wdrożone niechybnie zostaną. Po to są zapisane w traktacie. Inaczej by ich tam nie było.
To będzie świetna wymówka, żeby nie rozważać żadnych postulatów reform: nie możemy, bo jesteśmy stroną ACTA. Jedyne co możemy zmienić to zwiększyć restrykcję, zaostrzyć ściganie, zwiększyć kontrolę, zrezygnować z pośrednictwa sądów, wprowadzić obowiązki dla pośredników. Decyzja nie będzie już należała do nas. Co najwyżej tempo wprowadzania tych zmian.
Trudno zgodzić się z tą logiką. Jesteśmy suwerennym krajem. Mamy prawo do swobodnego kształtowania naszego porządku prawnego, w warunkach demokratycznej kontroli nad władzą ustawodawczą. Prawo powinno być stanowione przez wybranych w powszechnych wyborach przedstawicieli, a nie nieznanych z nazwiska urzędników negocjujących tajne traktaty.
Rząd w żaden sposób nie wykazał, że Polska odniesie z podpisania jakiekolwiek korzyści. Trudno za taką korzyść uznać argument premiera, iż postawi to nas w jednym rzędzie z USA i Japonią. Te kraje różnią się od nas choćby tym, że są eksporterami własności intelektualnej. Polska jest importerem. W najlepszym wypadku jest to więc traktat, z którego nie odnosiemy żadnych widocznych korzyści. Jednocześnie odbieramy sobie suwerenność w istotnej sferze kształtowania norm społecznych, a w czasach społeczeństwa informacyjnego bodaj czy nie najważniejszej – sferze komunikacji zapośredniczonej przez media. W mojej opinii jest to po prostu sprzeczne z polską racją stanu.
Ratyfikowana umowa międzynarodowa jest stosowana bezpośrednio. Ona nie zmienia prawa krajowego: ona stanie się prawem krajowym. Minister Boni zadeklarował następującą procedurę: podpisanie ACTA, debatę publiczną i zgłoszenie klauzul klaryfikujących polskie rozumienie traktatu. Niestety, tej propozycji z dość oczywistych powodów nie można traktować poważnie. Mówienie o późniejszym zgłaszaniu klauzul jest nieporozumieniem, bo klauzule zgłasza się na etapie podpisu, a nie ratyfikacji. A nawet nieratyfikowana ACTA ograniczy nas w możliwościach kształtowania porządku prawnego, bo planując zmiany prawne będziemy musieli brać pod uwagę ich zgodność z traktatem. Innymi słowy: jeśli premier chce zabetonować nasz system własności intelektualnej, to wcale nie potrzebuje ratyfikować umowy. Wystarczy że ją podpisze.
Doskonale wiemy, że traktaty są najwygodniejszą – bo niepoddaną demokratycznej kontroli – drogą kształtowania niepopularnego prawa. Po podpisaniu ACTA pozostanie nam już tylko jedna droga: podążanie wytyczoną w tym traktacie drogą zwiększania represji, kontroli i powolnego odbierania swobód. Na końcu tej drogi czeka nas antyutopia lub rewolucja. Bądź jedno i drugie.
Filed under: Uncategorized | Leave a Comment


No Responses Yet to “ACTA odbiera nadzieję na zmiany”